Nie biegam na czas, mam czas aby biegać!

  • 22 Sep 2018
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Motywacja

Ukończyłam, ale mogło być lepiej. Jest medal, choć czas nie powala. Znasz to skądś? Ostatnio Monika Bystrzycka na naszej grupie Kobiety w biegu napisała: Dziewczyny! Nie zaniżajmy swoich osiągnięć, wciąż słyszę (i sama się na tym łapię) że przebiegłam maraton ale czas słaby, bieg cudowny ale tempo nie powala, było fantastycznie ale mogłoby być lepiej etc, i oh to TYLKO 5 km (!)...Faceci chwalą się za każdym razem! Bierzmy z nich przykład i cieszmy się z każdego przebiegniętego kilometra!

Podbijam temat i dziś mam zamiar dodać nam wszystkim animuszu abyśmy bez grymasów cieszyły się z każdego przebiegniętego kilometra! Bo przecież o to w tym naszym babskim bieganiu chodzi, czyż  nie?

Rozwiewam wątpliwości – jeśli jeszcze je masz!

Po pierwsze: nikt nie oczekuje od Ciebie abyś co start, co wyjście z chałupy miała lepszy czas i więcej kilometrów na koncie. To jest tylko Twoje i nikogo innego! Robisz to dla siebie i pewnie nawet nie wiesz jak każda Twoja fotka wrzucona na naszą grupę, może skutecznie zmotywować do wyjścia z domu pozostałe z nas!

Bo jak napisała Marta Wierzbicka: najgorszy dla mnie odcinek, to ten z kanapy do drzwi no. Kolejna kwestia to start w zawodach. Większość z nas ma już za sobą takie doświadczenia. Jedne przygotowują się aby pobić życiówki, drugie lecą dla klimatu, a jeszcze inne, bo identyfikują się z celem imprezy tak jak przykładowo jest to na Bieg Kobiet ANITA Zawsze Pierwsi, gdzie biegniemy dla zdrowia piersi.

Moje osobiste rozgrzeszenie

Kiedy założyłam bloga i tą stronę, a było to już z jakieś dobre 4 lata temu, i ujawniłam się światu jako kobieta w biegu zaczęłam poszukiwać swojej biegowej drogi rozwoju. Zastanawiałam się czy faktycznie chcę bić się na życiówki, trenować bez wyrzeczeń i czy to będzie zgodne z moim osobistym przekonaniem?

Na początku bieganie zawsze było dla mnie formą relaksu, rewelacyjnie działało na duszę i ciało. Biegałam sama, po moim pięknym parku, w bawełnianych dresach i koszulce bo poliester nie wszedł jeszcze wówczas w biegową modę. I wiesz co? Wracałam zawsze z bananem na buzi, naładowana pozytywną energią i ani przez moment nie myślałam, że powinno być szybciej czy dalej. Biegałam jak mi w duszy grało, czasem mniej, czasem więcej.

Jakieś 5 lat temu zaczęłam brać udział w zawodach biegowych. Moim pierwszym startem był półmaraton i nagle poczułam stres. Walczyłam jak lwica. Potem kolejne starty z sercem w gardle, aby pobić swój czas. Raz się udawało, raz nie.  Zastanawiałam się jak ja się z tego wytłumaczę swoim fanom na fejsie? Co napiszę? Pojawiła się presja. Poczułam, że zaczęłam w tym moim bieganiu skręcać nie w tę stronę. Zaczęłam zadawać sobie pytanie czy oby na pewno od tej aktywności tak bliskiej mojemu sercu mam wymagać lepiej, bardziej, mocniej i czy na pewno ja tego chcę?

Rzuciłam więc w cholerę myśli pod tytułem: co ludzie powiedzą i zaczęłam biegać w moim rytmie i szukać w tym swojego osobistego zwycięstwa.  Zgadzam się w 100% z tym co napisałam Magda Michalak, która podkreśliła, że: cieszy się z każdego przebiegniętego kilometra, a wyniki może przyjdą z czasem może nie, ale nikt mi tego nie zabierze. To jest każdy mój wybiegany, przechodzony kilometr, zdobyty medal, walka ze słabościami, wyjście ze strefy komfortu.

Czy więc to oznacza, że nie mamy stawiać sobie celu w bieganiu? Oczywiście, że nie! Ale moim zdaniem już zebranie się do kupy po pracy, ogarnięciu chaty, dzieci, męża i znalezienie tej jednej godziny tylko dla siebie jest pięknym celem! No i naprawdę drogie panie – nie róbmy z igły widły – każda z nas ma w miesiącu słabsze momenty i ma to związek z naszą kobiecością, a konkretnie z miesiączką. Bierzmy to też pod uwagę i bądźmy dla siebie wyrozumiałe.

A co ze startami w zawodach?

Po wrocławskim półmaratonie wall na fejsie grzmiał i krzyczał z każdej strony udręczonymi biegaczkami, które dobiegły, ale nie tak jak chciały. Wrrr gotowało się wtedy we mnie i miałam wrażenie, że wszyscy się tam publicznie ubiczowali. Współczułam.

Więc jeszcze raz. Aby mieć wyniki trzeba ciężko pracować. Trzeba mieć czas, czasem trenerskie wsparcie, a bardzo często zwyczajnie talent i ogromne samozaparcie.  Każda z nas powinna sobie więc zadać pytanie jaki ma swój osobisty cel? Czy faktycznie chce łamać życiówki, czy może bieganie będzie formą relaksu? Umówmy się – jeśli przygotowujesz się do kolejnego startu na czas gazeli – nie ma takiej opcji, aby Twoje trenowanie było relaksem!

Pamiętam jak Ola Peisert powiedziała, że lubi ze mną biegać, bo jak lata sama lub z Tomkiem to nie ma mowy o oddechu. Ola ma na swoim koncie kilka zacnych osiągnięć. Biega od 20 lat…

Każde zawody w jakich startuję niewątpliwie są dla mnie miłą odskocznią, pretekstem do spotkania się z fajnymi ludźmi i za każdym razem przygodą. Po pierwsze dlatego, że chciało mi się z rana spakować manatki, często pojechać w dłuższą podróż, przeskoczyć swoją strefę komfortu, wypocić się porządnie i wygrać zawsze z samą sobą.  Piękne jest w zawodach też to, że jesteś częścią biegowej społeczności – zazwyczaj ludzi serdecznych i uśmiechniętych. Po to tam jestem. A czas to dodatek do całości, z którego nikt nie będzie mnie rozliczał, chyba, że ja sama mam na to ochotę.

Jesteśmy różne i każda wspaniała! Uważam, że największym naszym sukcesem jest wspólna motywacja i pokazywanie, że świat biegaczek to nie tylko świat szybkich gazeli. Wspaniale słowem to podsumowała Ela Kornecka: a ja mam czas taki jaki mam, pierońsko dobry w porównaniu z innymi moimi znajomymi, bo oni po prostu żadnych czasów nie mają. Nie będę się porównywać do nikogo, będę pobijać samą siebie.

Najlepsza puenta!