Gruzja - 14 dni, 4 miasta, 84 km!

  • 24 Dec 2014
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Podróże

 Oto Gruzja właśnie. Moja Gruzja, która zapadnie mi w pamięć na długo. Wylądowaliśmy z Rudim w Kutaisi, które jest drugim najwiekszym miastem Gruzji po Tbilisi.  Na lotnisku czekał na nas gospodarz hotelu w którym się zatrzymałam. Przywitaliśmy się ciepło i hej ho, samochodem prosto do wyczekiwanego hotelowego pokoju. Ale chwileczkę – tak wcale nie było. Zasady w Gruzji są następujące: najpierw witamy się winem i siadamy do wspólnego stołu, potem cała reszta. Tak też było.

Integrowałam się w towarzystwie rosyjsko – gruzińsko – polskim wliczając w to moją osobę. Wino o smakach wielu lało się strumieniami. Nie przesadzam, a że po mojej lewicy zasiadł Sasza i jego żona, mieszkańcy Moskwy – łatwo nie było. Do tego dołączyła kultowa gruzińska wódka „chacha” oraz zagryzka z oliwek i mandarynek.  Zadanie dzielnie odrobione. Dopiero potem mogłam obejrzeć pokój i pójść spać.

W Kutaisi zachłysnęłam się gruzińskim klimatem i oswoiłam z kulturą. Tu przejścia z pasami dla pieszych „nie działają” i aby przesmyknąć na drugą stronę, trzeba wykazać się sporym refleksem.  Gruzini mają to opanowane do perfekcji.  Ja mniej. W mieście spędziłam 2 dni i były to dni bez biegu, ale każde odległości pokonywałam pieszo.  Odwiedziłam malowniczy kanion Martwili i słynną jaskinię Prometeusza.

W drodze "do", jadąc samochodem poza miasto byłam w szoku, że świnie, krowy, kaczki przemieszczają się leniwie po chodnikach miast. Są pełnoprawnymi przechodniami, a nawet więcej. Dla nich kierowca w potrzebie depcze na hamulec. Wobec ludźi różnie z tym bywa.  Zalecane aby mieć oczy dookoła głowy.

Na przedmieściach Kutaisi po raz pierwszy  w życiu spróbowałam hurmy – pyszności z drzewa, kryjącego się w Polsce pod nazwą kaki oraz narodowych gruzińskich dań: kaczapuri i kinkali.  To pierwsze to ciasto przypominające to do pizzy z nadzieniem: serem bądź fasolą, czasami mięsem. To drugie to a’la pierożki.

Następny przystanek  - Tbilisi. Pojechałam tam sławetną marszrutką. Ok 3h drogi. Wcześniej zabukowałam pokój w przy Athens Street. Nawet kierowca miał problem z podwiezieniem mnie do celu. Mieszkanie było schowane w ulicznej głębi między jednym wieżowcem, a drugim. 11 piętro. Winda niby była, ale jak dla mnie nie działała. Zadreptałam piechotą na samą górę. Rozgrzewka przed jutrzejszym dniem w biegu. Uwaga! Dla wszystkich, którzy chcą skorzystać ze zdobyczy techniki jakim jest winda, muszą zaopatrzyć się w drobne! W Tbilisi za windę z dołu do góry, płaci się 10 lari czyli ok 20 gr. Takie cuda.

Witaj słoneczna stolico! To w Tbilisi zadebiutowałam w sportowym outficie. Biegając po zatłoczonych ulicach wyglądałam egzotycznie. Nie bacząc na to, że przykuwam uwagę przechodniów mknęłam zatłoczonymi i głośnymi ulicami, aby dobiec czym prędzej na lesiste wzgórze, gdzie krył się sztuczny zalew z wygodną restauracją. Tu zamówiłam Kaczapuri z serem i jogurtowo - ogórkowy chłodnik. Pyszne. Kolejne dni w Tbilisi upłynęły pod znakiem zwiedzania i zatrzymywania się na każdym kroku w starej części miasta. Urokliwe uliczki z odbitym piętnem czasu i odrestaurowane od frontu piękne budowle zachwyciły. Wszędzie lokalni handlarze mandarynek i innych owoców oraz czurczili – słodkiego przysmaku z orzechami.  W sobotni wieczór z kolei wybrałam się na imprezę. Gruzini bawią się po europejsku. Było tanecznie! Następnego dnia, smakowałam czerwonych trunków w winiarni, wsłuchując się w klasyczne dźwięki pianina...Koniecznie tam zajrzyjcie: Vinogroound, Erakli II St. Tbilisi i pozdrówcie Artura ode mnie!

Borjomski cud natury. Z tętniącego życiem Tbilisi marszrutką pojechałam do rozleniwionego, górskiego miasteczka oddalonego o 130 km od stolicy. Cel: zrobić tam trening siłowy w największym w Europie parku narodowym i przebiec łącznie 30 km. Po górzystym terenie, nie było to łatwe wyzwanie. Wspomagałam się mineralną wodą z tutejszych źródeł - Borjomi z ogromną dawką magnezu, potasu i żelaza. Pomogło!

Zaszyłam się w tym mieście na 4 dni. W międzyczasie razem z dwójką Amerykanów z Kalifornii, udaliśmy się na całodniową wycieczkę. Zaliczone okoliczne piękne zamki i kraina  Wardzia, skalne miasto usytuowane na zboczu góry Eruszeli na południe od Borjomi.  Nadszedł czas, aby górski klimat zamienić na adżarskie wybrzeże.

Batumi, ach Batumi! Miasto nad Morzem Czarnym zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Z kilku powodów. Po pierwsze wyobrażałam je sobie jak sowiecki relikt. Tymczasem nowoczesne budownictwo pnie się w górę z każdym miesiącem, a miasto jest przyczółkiem turystycznym nie tylko dla Europejczyków. Piękny bulwar ciągnie się na ok. 18 km. Oczywiście pokonany biegiem. W mieście poznałam grupkę Polaków podróżujących po świecie w ramach eskapady trips challenge oraz kilku młodych Gruzinów. Razem stworzyliśmy międzynarodowy team, którego wspólnym mianownikiem było gruzińskie wino i słynna chacha.

W Batumi zadomowiłam się w tureckiej restauracji. Dużo tu zresztą akcentów tureckich. Zmieszane z tutejszą kulturą, dają zaskakujący efekt w postaci pięknych budowli, kultury i smaków.  W pamięci mam pyszną pomidorową z soczewicy i pudding ryżowy, który po biegu zasilił moje mięśnie w glukozę. Godna polecenia jest także restauracji Tbilisi w pobliżu bulwaru. Skusiłam się tam na pastę szpinakową z granatem, nadziewanego bakłażana i zupę z owoców tutejszego morza.

I jak tu nie zakochać w Gruzji?!