Festiwal ze łzami. Czyli jak było na DFBG?

  • 23 Jul 2018
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Motywacja

Dawno nie miałam tak intensywnego weekendu, gdzie za jednym zamachem popracowałam, pobiegałam, pośmiałam się i popłakałam razem z Olą. To był bardzo miło spędzony czas, a duża w tym zasługa samego klimatu jaki unosił się nad 6 edycją Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju.

240, 130, 110, 68, 45, 21 i 10 km – do wyboru, do koloru, co komu w sercu gra.  Tak, tak, nie pomyliłam się, to dystanse na jakich startowało łącznie ponad 2 tys. biegaczy, w tym ja i Ola oraz 672 inne kobiety. Zdecydowałam, że podobnie jak w ubiegłym roku przebiegnę „dyszkę” zdobywając przy tym górę Trojak. Ola z kolei debiutowała na pierwszym górskim maratonie, co jak się za chwilę dowiesz porządnie potargało jej waleczne ego.

Wracając słowem do dystansu, zapewne i Tobie nie mieści się  głowie, jak można go przebiec nie śpiąc po nocach, katując swój organizm i głowę na finale wracając z krwawymi odciskami na stopach. Ale to zawody z najwyższej półki, gdzie zaledwie garstka śmiałków osiąga niedościgniony przez większość cel rekompensujący wszelkie trudy. Często ze łzami wzruszenia i ogromnym zmęczeniem wyrysowanym na każdej twarzy po pokonaniu dystansu ultra, widziałam to upragnione szczęście. A wbiegająca po 240 kilometrach na metę 64 – letnia Hania Sypniewska wzbudziła we mnie niedowierzanie i ogromny podziw! Jak widać wszystko jest możliwe i właśnie taki jest DFBG  – tu niemożliwe zwyczajnie nieistnienie.

Nasz lądkowy festiwal zaczęliśmy wcześnie bo od 6 rano w sobotę. Spakowani z całym majdanem, w tym przede wszystkim z asortymentem na expo wyruszyliśmy wspólnie z Rudkiem, Olą i Tomkiem w kierunku kotliny kłodzkiej. Ola i Tomek w sobotę startowali w maratonie. Czuć było, że dla obu jest to konkretne wyzwanie, zwłaszcza, że ani jedno, ani drugie nigdy wcześniej nie biegało po tak trudnej technicznie trasie. Punkt 10:00 wystartowali razem z 366 pozostałymi śmiałkami.

dfbg6.jpg

Kiecki run baby zrobiły furorę!

W między czasie zajęłam się swoim sklepem, gdzie pierwszy raz w życiu moje ciuszki biegowe no i markę run baby mogłam pokazać na żywo światu. Okazało się to zresztą bardzo fajnym doświadczeniem. Spotykałam wiele znajomych twarzy, w tym babek z moich imprez. Poznałam też kilka dziewczyn, które zapowiedziały już swoją obecność na biegach kobiet. Same spódniczki biegowe wyprzedały się w pień i zrobiły ogromną furorę, co jak się domyślasz bardzo mnie ucieszyło. Wspominałam już, że praca związana z produkcją odzieży biegowej nie jest prosta i tak naprawdę blisko dwa lata trwał proces poszukiwania odpowiedniej szwalni, kroju i finalnego efektu, który mnie ostatecznie zadowolił, a stawiam sobie wysoko poprzeczkę.

dfbg5.jpg

Co się dzieje z Olą?

Wolnej chwili zerkaliśmy z Rudim na wyniki live. Zaniepokoił nas szacunkowy czas dotarcia na metę Oli – mieściła się wówczas ledwo co w limicie. Było to dla nas o tyle dziwne, bo przez lata Ola przyzwyczaiła nas do stawania na podium w dużych, ogólnopolskich imprezach, choć raczej ulicznych, a nie górskich i ta kwestia okazała się m.in. kluczowa.

Ola wróciła bez medalu, ze łzami w oczach. Okazało się, że już od 7 kilometra żołądek dawał jej porządnie we znaki. Najprawdopodobniej presja i stres związany z wynikiem kilkukrotnie w trakcie wyścigu zapędził ją w krzaki. Po kilku „wyjściach do leśnego WC”  i związanego z tym osłabieniem zdecydowała roztropnie, że zejdzie z trasy. Ola nie do końca jeszcze potrafi zbiegać po kamienistych ścieżkach i jak sama przyznała to jej pięta achillesowa. Wszak z wyścigówki nie da się ot tak zrobić górskiej kozicy wysokich lotów.

Ze startowego dramatu udało nam się jednak wybrnąć. Skończyło się na wieczornym piwkowaniu, tańczeniu pod sceną i puszczaniu zaczepnych buziaczków do wokalisty czeskiego bandu, jaki zawitał na DFBG, a swoją drogą chłopaki zagrali naprawdę dobry koncert!

dfbg4.jpg

Ola w niedzielę przejęła z Rudim obsługę sklepu, a ja pobiegłam w charytatywnej dyszce z zamiarem poprawienia czasu. Trasa prowadziła na szczyt Trojak i jak można się domyśleć leci do góry i w dół z nielicznymi, prostymi odcinkami. Od samego początku biegło mi się dobrze, a dzięki Monice zjadłam najlepsze śniadanie ever – czekoladowe brownie.

Na wzniesieniach starałam się delikatnie podbiegać, a nawet wyprzedzać pod warunkiem, że droga nie była na tyle wąska, że całkowicie to uniemożliwiała. Jeśli więc masz zamiar się ścigać w górach to warto rozważyć ustawienie się w okolicach pierwszych linii startu. Ustawiłam się w dalszej części i stąd dobieg zajął mi aż 30 sekund, co może mieć w takich warunkach znaczenie na dalszych etapach trasy. Na zbiegach puszczałam odważnie nogę, wyprzedzając sporo osób.  Moim najsłabszym punktem były zupełnie proste odcinki, na których traciłam wypracowaną „z górki” przewagę. Ostatecznie nieco ponad minuta zabrakła mi do złamania wyniku z ubiegłego roku (1:16). Finiszowałam z 1:17 będąc 22 kobietą na 85 w swojej kategorii i 39 zawodniczką w kategorii OPEN na 178 pań.

dfbg1.jpg

Czuję oczywiście lekki niedosyt, ale jak wspomniałam, ten weekend spędzony z przyjaciółmi, gdzie z każdej strony, przez bite dwa dni można było doświadczać biegowej atmosfery zrekompensował mi to z nawiązką.

dfbg2.jpg
Samą imprezę polecam z ogromnym przekonaniem. To fantastyczne rozwiązanie na wakacje nie tylko w pojedynkę. W czasie 4 dni trwania imprezy (od czwartku do niedzieli) każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zarówno biegaczki z ultra doświadczeniem, jak i takie, które dopiero co rozwijają swoje biegowe skrzydła. Jest też bieg dla najmłodszych i akcent charytatywny w postaci zbiórki na rzecz niepełnosprawnych dzieci z Zakładu Leczniczo-Opiekuńczego w Piszkowicach.

Nic tylko biegać z miłości do aktywności!