Po co ci wakacje?

  • 09 Aug 2016
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Motywacja

Za drugim podejście się udało. Przy pierwszym wypadek na autostradzie odwlókł  nam wyjazd o kilka dni. Byłam zła. Ale szybko pogodziliśmy się z losem, przebukowaliśmy lot i zjedliśmy pyszności przygotowane z dedykacją na podróż stojąc przez 4h w korku.  Swoją drogą tak dobrych pulpecików z kaszy gryczanej jak tego feralnego dnia, do tej pory nie udało mi się przyrządzić. 

Plany zmieniają się u mnie/nas jak w kalejdoskopie, także te wakacyjne. Jeszcze z początkiem lipca byliśmy posiadaczami biletów do Australii, tej wymarzonej jak z obrazka z misiem koala, które kupiliśmy już w październiku 2015.  Na szczęście udało nam się je odsprzedać.  Tak, na szczęście.  Po zapoznaniu się z tamtejszymi  realiami, okazało się, że zachodnie wybrzeże (Perth) jest pieruńsko drogie, a w zasadzie dla nas niezbyt pociągające. Dodatkowo  odległości z punktu A do punktu B mogłyby przerazić nawet ultrasa, a wynajem samochodu by jechać w głąb australijskich atrakcji to dla nas na tą chwilę strata nie tylko dodatkowej słonej gotówki ile czasu. Bo Australia rozciąga się na 50 Polsk, a może i więcej!

Zastrzyk gotówki ze sprzedaży biletów więc zagospodarowaliśmy na październikowy wypad GZIEŚ TAM.  Ale pozostała w mojej głowie chęć wakacyjnego wypadku, który pozwoli mi naładować baterie. - Jedziemy na Cypr!  - Cypr? Jak my będziemy tam biegać? Pewnie jest tam milion stopni? No ale nic. Jesteśmy. Jak się biega? O tym napiszę w kilku słowach w osobnych tekście po naszym powrocie. 

A tymczasem po co nam wakacje?

Wydaję się, że nie ma nic prostszego jak rzucenie wszystkiego co ciężkie poza własne myśli, spakować walizkę i hej ho przygodo nie ma nas! A tymczasem wyłączyć się i oddać bieżącym przyjemnością tu i teraz jest sztuką. Zwłaszcza jak w moim wypadku kiedy nieodłącznym bagażem jest laptop, a warunkiem wynajmu dachu na głową - wi-fi.  Dobre to czy złe? Złe jeśli przy każdym włączeniu komputera stękasz i jęczysz, a dobre, jeśli to co robisz jest sprawą samorealizacji i jednym słowem fajną robotą, a przynajmniej taką, która ma dla ciebie sens. Dla mnie ma.  

Psychologowie trąbią, że aby urlop był udany, należy się do niego przygotowywać na kilka dni przed wyjazdem, pozałatwiać „sprawy”, by nam się nie przypałętały nie chcący już na wakacjach i nastawić się na produktywne odpoczywanie. Czyli jakie?

Albo leżenie na plaży, albo bieganie przez zwiedzanie, albo i jedno i drugie. Każdy z nas jest inny. Jeśli na co dzień jesteś osobą aktywną, to w jednym miejscu nawet na urlopie nie wyleżysz. No nie da się i tyle. Łap się wówczas nurkowania, zwiedzania, biegania. Nie zatrzymuj się w jednym miejscu na 14 dni, wybierz na czas urlopu kilka destynacji. Bo w przeciwnym wypadku zmulisz się być może nie tylko cudzym towarzystwem, ale i swoim.

Pamiętam takie wakacje. Bite 14 dni gdzieś hen daleko w mojej przeszłości. Włoskie miasto na B, gdzie turyści biją drzwiami i oknami.  Towarzystwo sympatycznych osób wokół a i owszem, ale leżakowanie i łażenie w kółko po tłumnym bulwarze już po kilku dniach przyprawiało mnie o zawrót głowy. Nosiło mnie. Więc zaczęłam tam biegać. Ale przecież nie o to chodzi, aby ignorować towarzyszy i z wyrzutami sumienia wyłazić samopas.

Teraz to wiem, dlatego moje wakacje muszą być dynamiczne. Musi się dziać, zmieniać! Pierwsza więc zasada odpoczywania to wypad z towarzystwem, które lubi to co ty.

Mam wrażenie, że jak jesteśmy znudzeni swoimi wakacjami, które ciągną się jak mucha w smole, zaczynamy szukać dziury w całym.  Czepiamy się partnerki/a, kłócimy o pierdoły i stwarzamy gęstą atmosferę. Nie liczę kobiet, które akuratnie mają PMS w ramach solidarności jajników, bo czasami niestety hormony dochodzą do głosu w tym wypadku. Ale jeśli mamy dobry plan to i hormony nie szkodzą. Bo będziemy  tak zaaferowane nowościami i ich przeżywaniem, że czasu na awantury nie starczy, a jak starczy to już nie będzie na nie siły i skończy się buziakiem w czółko na dobranoc.

Zasada nr 2 -  planuj!  Nie mam na myśli oczywiście napiętego grafiku, przy którym nawet zaprawieni w wycieczkach japońscy turyści jęzor by wywalili na wierzch, ale ogólny plan tego, co chcemy zobaczyć. A i kolejna według mnie ważna zasada: poczytać o historii, tradycjach miejsca do którego jedziemy.  Bo moim zdaniem każdy wyjazd powinien nas wzbogacać.  A nie ma nic cenniejszego niż książkowe informacje skonfrontowane z rzeczywistością. 

Jeśli mamy już dobre towarzystwo odpowiadające naszym preferencjom i mniej więcej plan, a ponadto łyknęliśmy już co nie co o naszych destynacjach, czas na nas! Sparafrazuję tu  Dalajlamę XIV - jeśli każdy by o sobie pomyślał, o wszystkich tym sposobem będzie pomyślane. I coś w tym jest.  Urlop to taki czas kiedy staram się zagłębić w siebie i czasami zwyczajnie pobyć sama ze sobą odłączając się od stada jeśli te mi towarzyszy.  Regeneracja własnych myśli w  oderwaniu od bieżącej rzeczywistości jest dla mnie higieną umysłu. Na wiele spraw potrafię spojrzeć dzięki temu z innej perspektywy.  Z reguły też pomaga dobry sen, bo głowa konstruktywniej pracuje. I nagle wielkie problemy stają się niższej rangi. I nagle okazuje się, ze jest wyjście z sytuacji. Więc wyśpij się. Nie nastawiaj budzika. Rób popołudniowe drzemki. Pobądź ze sobą, pomyśl o sobie i o tym co chcesz zmienić w swoim życiu na lepsze.  

A co jeśli  wrócisz z wakacji i obijesz  się na „dzień dobry” o drzwi rzeczywistości? Kiedy sterta papierów przywita na biurku, kiedy pojawią się  w głowie myśli – oby do świąt? Nie będę obiektywna w swej wypowiedzi. Ja po prostu bym to rzuciła. Ale jeśli już godzimy się na pracę „od-do” i silą rzeczy na zasady w niej wprowadzone, zaprogramujmy jeszcze na wakacjach swój mózg i wypunktujmy pozytywy wynikające z własnej rzeczywistości. Jeśli bardziej jednak popadniesz w depresję i okaże się, że pozytywów brak, zmień to. Umysł wypoczęty, naładowany pozytywną energią dobrze przyjmie zmianę. Nie bój się zmian. Każda zmiana jest dobra i można ją wprowadzać na kilku etapach: w byciu, życiu i pracy.  

Osobiście muszę przyznać, że ja swoją rzeczywistość pakuję po trosze z walizką. Jedzie ze mną praca, wspólnik w firmie w osobie mojego faceta i…I dzięki temu nie mam powrotnej depresji. Nie wchodzę nagle w życie, które porzuciłam na kilka dni, a teraz chcąc nie chcąc muszę w nim żyć do kolejnego urlopu.  Jestem zadowolona ze swojego życia zarówno tego polskiego jak i wakacyjnego. Nie odgraniczam tego grubą krechą, trochę nienaturalną. Jedno z drugim się przenika. Dobrze to czy źle? Mi z tym dobrze, nawet jeśli Tomek, mój kumpel, też pracujący „na swoim” pyta mnie ze zdziwieniem: czy wszędzie muszę zabierać laptopa? Nie muszę, ale chcę! W innym wypadku do śniadania nie napisałabym tego tekstu na przykład, a to sprawia mi radość i jest częścią moich miłych wakacji.

I takich też Wam życzę :)