Kazbegi Marathon w Gruzji

  • 07 Sep 2016
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Podróże

Moja dotychczasowa Gruzja był zimowa, wielkomiejska i pozostawiła mnie z ogromnym niedosytem górskich widoków.  Dlatego wrześniowy wyjazd był wyjątkowy pod każdym względem. Mogłam napawać się dostojnym widokiem gór Kaukazu i wziąć pierwszy raz udział w Kazbegi Marathon, gdzie wystartowałam na dystansie półmaratonu, a wróciłam niespodziewanie z 28km w nogach. 

Tym razem z uwagi na małą ilość czasu jaki spędziliśmy w Gruzji (7 dni), postanowiliśmy wspólnie z moją ekipą wynająć auto. „Za rurę” (czytaj za kierownicą) wskoczyła nasza Agatka i hej ho przygodo kierunek Tbilisi – ruszyła wesoła golfina.

Jazda samochodem zwłaszcza w miejskiej dżungli wymaga mocnych nerwów, także ze strony pasażerów. Gruzini, także Rosjanie wyprzedzają się trzecim pasem, często z prawej strony. Ruch „pod prąd”, też nie jest im obcy, czego doświadczyliśmy jadąc taksówką.  W mieście wiele ulic jest jednokierunkowych, więc bez sprawnego pilota z mapą  samemu po znakach za wiele się nie zdziała. Po jednodniowym pobycie w Tbilisi skierowaliśmy się już w górskie rejony Tuszeti, zatrzymując się w Telavi. Naszym celem było dostanie się na górską, piękną, ale i niebezpieczną przełęcz w kierunku miasteczka Omalu. Kierują tam urwiste serpentyny i tylko napęd 4 x 4 z doświadczonym kierowcą mógł sprostać zadaniu. Nasza ekipa więc podzieliła się na 2 grupy. Agata i Rudi postawili na degustację win w okolicach Telavi.

Ja z Martą udałyśmy się o poranku w stronę gór Wielkiego Kaukazu w poszukiwaniu stopa, który spełni naszą zachciankę. I udało się! Już po kilku chwilach zatrzymaliśmy auto z sympatycznym Gruzinem „za rurą”. Rozwalający się na pierwszy rzut oka samochód, pędził jeszcze wiejską szosą, aby za  chwilę wysadzić nas u podnóży naszego przeznaczenia, od którego dzieło nas ok. 70km. Ile dojdziemy „pieszką” tyle nasze, a może za chwilę uda się złapać kolejną okazję i dojechać do celu...? 

Po 10 km na naszej trasie pojawił się samochód, który zechciał nas podrzucić. Wcześniej trzy z nich nam o dziwo odmówiły. Wsiadłyśmy do rozklekotanego wozu z dwójką Gruzinów. Przygoda dopiero się zaczynała. Samochód wzbijał się w górę po drodze, która stawała się realnie coraz bardziej niebezpieczna. Kierowca na tyle przyzwyczajony, że nie robiło to na nim wrażenia. My kurczowo trzymałyśmy się w aucie czego popadnie i momentami odwracałyśmy wzrok od lewej strony ukazującej górską przepaść.  Po kilku minutach jazdy w stylu „off road” trochę okrzepłyśmy i jeszcze nie pewnie, ale z coraz większym zaciekawianiem spoglądałyśmy na przepiękny krajobraz.  Czar prysł kiedy przed nami na wąskiej drodze wyłożonej kamieniami spotykaliśmy się z innym autem lub ciężarówką. No ale, że byliśmy akurat po prawej, jakoś to zniosłyśmy. Nastał moment, kiedy wzgórza były już coraz mniej widoczne bo spowite chmurami. Widoczność z każdym metrem malała. Postanowiłyśmy więc zatrzymać się i „pieszką” powrócić w dół, ciesząc oko tym czego jeszcze nigdy w życiu nie widziałyśmy. Choć od Omalo dzieliło nas ok. 40km, nie było szans aby tam dotrzeć. To jeszcze ok. 3h trasy – ciężkiej trasy, a pochmurne niebo i tak ograniczyłoby nam tą przyjemność. 

Po kilku kilometrach dostrzegłyśmy w oddali korek z dwóch stron. Ku naszemu przerażeniu okazało się, że ciężarówka zablokowała trasę, chcąc wyciągnąć auto. Tydzień wcześniej kierowca spadł z drogi i dziś wrócił z asystą po swój mobil.  Na szczęście nikt nie zginął. Dodatkowo na trasie mijaliśmy tablice upamiętniające kierowców, którzy zginęli tu w wypadkach, co spotęgowało tylko dreszcz emocji. Po ok. 10 km górskiej pieszki w dół, złapałyśmy bez problemu auto z sympatycznym gruzińskim małżeństwem, które docelowo podrzuciło nas do Telavi.

Kolejny dzień to już kierunek na Stepancminda – czyli małą, górską, turystyczną miejscowość u podnóża największej góry – wygasłego wulkanu rodziny Kaukazu – Kazbeg. To z tej miejscowości odbywał się nasz start w Kazbegi Marathon. Dotarliśmy tam naszą golfiną z jednodniowym opóźnieniem. Zatrzymała nas awaria auta, o którą w takich warunkach nie było ciężko. Zdecydowaliśmy się niefortunnie i trochę na oślep jechać krótszą, ale wyboistą drogą z kamieniami. Pech chciał, że podwozie uderzyło w ziemię na tyle mocno, że uszkodziło zbiornik z olejem. Auto zgasło, a my utknęliśmy w połowie drogi w środku górskiej doliny…

Po chwili zatrzymaliśmy starą jak świat olbrzymią ciężarówkę.  Wysiadło z niej trzech jak się później okazało Kurdów, którzy od razu pośpieszyli nam z pomocą.  Gawarisz po rusku? Pytali? My na to: ciut ciut. I naszym łamańcem rosyjsko-polskim jakoś udało się dogadać. Zresztą nie trzeba było za wiele opowiadać, wystarczyło spojrzeć na wylewający się spod samochodu olej…

W trakcie czekania na lawetę Kurdowie spędzili z nami ten czas, nie odstępując nas na krok. Ich wielka ciężarówka wypełniona była serem, wełną i…niestety baranami, które to miały być kartą przetargową do znalezienia pośród nas żony dla jednego z nich. Zapiliśmy ten żart wspólnie winem i tak po ok. 2h dwójka z nas zwiedzała krajobraz z lawety, a ja z Agatą rozpoczęłyśmy imprezę w kokpicie dla kierowców…

Zamiast do Stepancminda trafiliśmy znów do Tbilisi i to z zepsutym autem. Już zmęczeni i jednak wkurzeni całą sytuacją przenocowaliśmy w mieście w oczekiwaniu na naprawę golfiny. Okazało się że wóz będzie jednak naprawiony już jutro.

No i jesteśmy w Stepancminda. Dzień przed startem w zawodach. Miejscowość piękna, wokół malownicze góry kolorów wszelkich i zwierzęta. Na urwistych zboczach stada owiec, kóz, krów, które momentami wchodziły także na drogę. Gruzińska droga wojenna, którą jechaliśmy to jedyna droga i zarazem jedyne samochodowe przejście graniczne z Rosją prowadzące do Władykaukazu. 

Wybudowana w latach 70 z pomocą Rosjan, dokończona już rękami Gruzinów. Na trasie 90% aut jedzie na rosyjskich tablicach. Co kilka chwil długie kordony ciężarówek koczują na poboczach. Dojeżdżamy do celu – hostel LEO. Skromne wnętrza rekompensuje nam miłe i troskliwe towarzystwo Leonida i jego syna Archila. Chłopak - syn gospodarza później przedstawił się nam jako Arczi, tłumacząc, że to tak samo jak Marcin, tylko, że bez „M”.  Polała się czacza, pyszne wino, a stół zastawiono serem i warzywami z grilla. Wokół międzynarodowe towarzystwo: gruzińko-polsko-litewskie, które przy gruzińskiej muzyce, śmiało się, tańczyło i rozmawiało. Bo gość w dom, to bóg w dom!

I nadszedł ten dzień!

7:30 jesteśmy na nogach. Lekko zestresowane wspólnie z Martą dokarmialiśmy się bananami tuż przed wyjściem. Pogoda – czuć chłód, ale widoczne są przebłyski słońca. Odebrałyśmy pakiety, choć informacja co gdzie i jak, nie była do samego końca jasna.  Na starcie chwilę przed 10:00 zawodnicy m.in. z Niemiec, Filipin, Norwegii, no i oczywiście z Polski, w tym my.  

Wiedziałyśmy, że trasa przez pierwsze 4 kilometry wiedzie stromo w górę w kierunku Monastyru. Już po starcie złapałam rytm i bez większych przeszkód wbiegałam. Zbieganie jednak wcale do łatwych nie należało – wąskie, kamieniste ścieżki nie pozwalały rozwinąć prędkości. Ale co tam! Co chwilę patrzyłam w niebo i spoglądałam na piękne góry, które akuratnie otulało słońce. 

Już na samym początku dostrzegłam problem  z oznaczeniem trasy. Widziałam, że grupa zawodników źle skierowała się zbiegając z góry. Wspólnie z Martą obrałyśmy jak się okazało dobrą drogę. I tak z pewnymi niepewnościami (wciąż oznaczenie trasy dawało wiele do zastanowienia) biegłyśmy zahaczając od punktu do punktu. W którymś momencie siły mną wezbrały i postanowiłam usamodzielnić się na trasie z myślą, że i tak wspólnie z Martą wbiegniemy na metę.  Mój zegarek wybił 16 kilometr. Trasa biegu pokrywała się z maratonem. Wiedziałam, że gdzieś będzie trzeba zawrócić. Jeszcze przez chwilę biegnę  z sympatycznym chłopakiem w parze, pyta skąd jestem, życzy powodzenia. Spoglądam na jego buty: zwykłe półbuty i to raczej nie sportowe, do tego dziurawe skarpetki. Ale ta jego radość w oczach i miłe usposobienie. Biegnę dalej i tak sobie myślę, że czasami zapominamy ile w życiu mamy dobrego na wyciągniecie ręki. Bo w Gruzji niestety wciąż jest bieda, ale być może dzięki temu właśnie ludzie są bardziej życzliwi?

Tymczasem dobiegłam do kolejnego punktu z wodą i pytam czy to jest droga półmaratonu? Okazało się, że powinnam zawrócić przy poprzednim punkcie już teraz oddalonym o co najmniej 3 km. Chwila konsternacji - co robić? Złość przeplatała się z bezsilnością. Decyzja podjęta – wracam, choć w osamotnieniu, ale wracam i będę biegła całą drogę. Mobilizacja nieco opadła, bo gdy biegniesz samemu na trasie, musisz być dla siebie motywacją. Na 24 kilometrze czułam, że dystans zaczyna robić swoje. A przede mną kolejne wzniesienia na ok. 3 kilometrach. Mija mnie maratończyk, jeden, drugi, trzeci.  Lecą, jakby siły mieli ze stali.  Miło się witają, a ja potem wykorzystam to i będę mówić – biegłam z chłopakami z podium:). W ubiegłym roku maratoński dystans wygrał Polak z czasem 3:33 – Piotr Sawicki.

Finalnie zamiast 21 km zegarek wskazał prawie 28km. Z jednej strony cieszyłam się, że dobiegłam, a z drugiej poczułam chwilowy żal, że  brakuje mi cyfry na finiszu, która jak na te warunki mogłaby być dla mnie całkiem przyzwoita.

Co do samej organizacji – mogę się wypowiedzieć i jako zawodniczka i jako organizatorka. Pomysł  i samo miejsce – cudne. Ale kilka niedociągnięć też było. Nie jestem typem narzekacza i „wytykacza”, bo wiem doskonale ile trudu kosztuje przygotowanie takiej imprezy. Jednak brak papieru w toalecie i brak wyników po 2 dniach (wciąż ich jeszcze nie ma, o czym co prawda organizator uprzedzał przed startem), jest minusem.  Do tego słabo oznaczona trasa i fakt, że punkt nawadniania z 3 osobami mnie nie zawrócił, mimo, że kolory numerów startowych były inne. Do tego ostatniego to jednak najbardziej mogę mieć pretensje do samej siebie. Wyciągnęłam z tego pewną lekcję, zadebiutowałam na dystansie, którego jeszcze nigdy nie przebiegłam, a do tego wszystkiego wzięłam udział w najbardziej malowniczym biegu w swoim życiu.

Z pewnością tam wrócę i ponownie pobiegnę – w końcu przez przypadek zostawiłam tam swoje buty biegowe, więc to o czymś musi świadczyć.

Polecam, zachęcam – Gruzja jest cudna! Zwłaszcza ta górska właśnie!