Dzień, w którym poczułam się szczęśliwym człowiekiem

  • 11 Sep 2017
  • Dodane przez Monika Florczak
  • Motywacja

No i bum! Temat wałkowany na licznych forach internetowych, nad którym głowi się już n-te pokolenie odkąd wynaleziono koło zawitał i  który przez specjalistów od sukcesu został odmieniony przez wszystkie możliwe przypadki trafił i do „Kobiety w biegu”. Uwaga – nie będzie tym razem pieśni pochwalnej o szczęściu (duży pączek z różą i lukrem dla człowieka, który poda uniwersalną definicję szczęścia!), ani recepty na nabicie sobie dodatkowych punktów w kategorii „jestem szczęśliwy”. Przepisu na permanenty wysyp endorfin niestety Wam nie podam – niestety, taka wiedza jest poza zasięgiem mojego umysłu. Nie zamierzam też rozwodzić się nad wszechobecnym w internetowych czeluściach „szukaj szczęścia wszędzie” czy „afirmuj, że jesteś szczęśliwy”. Swoją drogą, rzeczywistość, pęd czasu i niekoniecznie życzliwi ludzie wokoło sprawiają, że takie złote rady można sobie w... doniczkę z pelargoniami wsadzić. Inspiracja poniżej.

Że szczęście nie bierze się z niczego, wiedzą już przedszkolaki. Niestety, wielu dorosłych zdążyło już o tym zapomnieć i święcie twierdzi, że przyjdzie taki dzień, kiedy poczują szczęście w swoim umyśle. Albo kieszeni. Albo garażu. Są jeszcze Ci, którzy uważają, że szczęście można sobie... wmówić. Sęk w tym, że jak można wmówić sobie coś, czego się nie czuje? System „udawać, aż się uda” zostawmy tym, którzy cierpią na nadmiar czasu lub mają znakomicie rozwinięty instynkt psychologicznego samobójcy.

Na samym początku – mea culpa za zmyłkę w tytule – stawanie się szczęśliwym człowiekiem to nie był dzień, a kilkadziesiąt miesięcy. Odbywało się to krok po kroczku, aż w pewnych momentach poczułam, że energii mi przybywa i staję się mniej nerwowa. Komfort, jaki dawały mi te dwie rzeczy zachęcał mnie do eksperymentowania ze zmianami otaczającej mnie rzeczywistości, na którą mam wpływ. Nadszedł ten dzień, w którym poczułam, że jestem szczęśliwa – nie, to nie był dzień kiedy wygrałam dużą kwotę. Ani dzień ślubu. Ani dzień, gdy odnotowałam działanie diety cud. Ani też dzień, w którym odebrałam klucze do apartamentu. Żadnej z tym rzeczy nie doświadczyłam. Nie wiem, dlaczego też moment uznania się za szczęściarę przyszedł stosunkowo późno – najwidoczniej do szczęścia trzeba też zwyczajnie... dorosnąć. Jak to zatem było?

  1. Ludzie otaczający mnie okazali się przyjaciółmi. Pal sześć, że z ostrożności staram się nie nadużywać tego słowa. Był etap, że powiedzenie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” nabrało znaczenia. W trudnych chwilach był ze mną ktoś, kto mnie nie oceniał, nie rzucał „uspokój się!”, tylko cierpliwie mnie wysłuchiwał i poił nieskończonymi ilościami kakao z cynamonem. A na moje „przepraszam, że Ci truję” odpowiadał „widocznie tego potrzebujesz”. Natomiast moje „dam sobie radę sama” spotkało się z odpowiedzią - Jasne, że dasz, ale po co masz się tak długo męczyć z tym sama?. Wow! Jednocześnie przestałam tracić czas na ponoć ludzi sukcesu, którzy swoim zachowaniem, pędem za karierą i mierzeniem wszystkich swoją miarą wysysali ze mnie siły witalne. Bolesne działanie i kac moralny, że „może chcieli dobrze”, ale niestety, nie każdy jest na tyle świadom siebie, by nie szkodzić drugiemu człowiekowi.

Morał z tego taki, że niezależnie co Ci mówią o byciu silną osobą z wampirami energetycznymi na dłuższą metę nie wygrasz:)

  1. Przestałam akceptować to, co mam. Serio! Zaczęłam chcieć więcej. Taka jestem beszczelna, że ciągle mi mało i walczę o więcej! Brzmi upiornie i samolubnie? No trudno. Zawsze lubiłam, jak coś ciekawego się koło mnie dzieje i do tej pory uwielbiam działać, działać, działać. A tu z każdej reklamy i złotych rad wujka google sypie się „Wrzuć na luz”! Ano nie wrzucę, bo pomysły na życie czekają, by je realizować. Bo każda idea daje mi kopa. Bo każde wydarzenie, w którym biorę udział, to wartościowi ludzie, którym entuzjazm mnie nakręca. Chcę więcej? Nie boję się sięgać po to, jeśli samo działanie daje mi satysfakcję, i jeśli mam kogoś pozytywną energią zarazić.

Morał z tego taki, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. A szczęście rośnie w miarę jego konsumowania.

  1. Zdecydowałam się zamknąć pewien rozdział w karierze. Wbrew słynnemu „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady” nie dokonałam rewolucji w swoim życiu zawodowym. Tylko ewolucję. Była propozycja doktoratu, świetnego stanowiska, zapewnienia, że będę świetna w ówcześnie prgnozowanym fachu, jednak wolałam pójść własną drogą. I voila! Już drugi rok przedzieram się przez meandry branży finansowej, która mimo swojej drapieżności okazała się strzałem w dziesiątkę i ciągle jestem na głodzie wiedzy.

Polecam taki manewr! Między bajki o gumisiach należy włożyć bajeczki o tym, że „to tylko praca”. No nie tylko, bo 8 godzin z doby. Przynajmniej tyle. Przez te osiem godzin można się osiem razy porządnie sfrustrować, 3 razy pokłócić z kolegą z biurka naprzeciwko, iks razy znienawidzić szefa i przyjąć postawe obronną wobec świata. Wiem, zmiany pracy do przyjemnych nie należą i nie każdy mieszka w dużym mieście, gdzie ofert pracy jest na pęczki. Ale jest tyle opcji... Można się przebranżowić, poszukać pracy zdalnej, doszkolić, dogadać co do czasu pracy i nie tkwić we frustrującej pracy.

Morał z tego taki, że cel chce osiągnąć każdy, ale nie każdy chce "stawać się". Bo akurat ta część zmian boli najbardziej.

  1. Skoro już jesteśmy przy pracy – szczęście ukłuło mnie, gdy poznałam wartość pieniądza. Tego, że nie służy on tylko zaspokajaniu potrzeb "na przeżycie", ale nie ma nic złego w zjedzeniu czegoś dobrego raz w miesiącu w fajnej restauracji, kupnie dobrego wina czy wydaniu trochę więcej grosza na buty sportowe, które i tak będą w ciągłym użytku. Owszem, oszczędzanie jest nadal moją mocną stroną, ale nie przeżywam już rozterek i nie mam wyrzutów sumienia, gdy kupuję coś, czym mam się „dopieścić” kulinarnie lub podróżniczo. Jasne, są rzeczy poza moim finansowym zasięgiem, ale – patrz punkt 2 – jak ktoś się lubi rozwijać i jest w swojej działce dobry, to efekt kapitałowy prawdopodobnie wystąpi. Nie ma w tym nic złego!

Morał z tego taki: pieniądz rzeczywiście nie śmierdzi, a wręcz pachnie – czerwonym winem, pysznym spaghetti czy bryzą na plaży.

  1. Poznałam pojęcie czasu. Czy ktoś z Was oglądał może „In Time?”. Ano właśnie! Reżyser filmu przedstawił koncepcję świata, że ludzi zamiast pieniędzy zarabiają minuty czasu i tym czasem płacą za różne zakupy – raz mniej, raz więcej, jak walutą. Film jest stylizowany na lekkie science fiction. Prawda jest jednak bardziej brutalna – to nie science fiction, tylko rzeczywistość. Bo rzeczywiście za różne dobra płacimy czasem i to on jest towarem deficytowym. I tak w celu oszczędzenia sobie cennych chwil nauczyłam się rezygnować ze spędzania czasu z ludźmi, którzy nie nastrajają mnie pozytywnie do świata (owszem, czasem ktoś się pogubi w tym świecie, więc służę dobrą radą, jednak niektórzy lubią się w swoim nieszczęściu taplać), przestałam się zmuszać do znienawidzonych aktywności (narty nie są mi chyba pisane, podobnie jak tango) czy robić coś, co wszyscy lubią, a ja może za jakiś czas też polubię (nie, weekendy w SPA nadal mnie męczą). Zamiast tego zyskałam cenne chwile, by poświęcić je bliskim, wypić kawę ze znajomymi, spędzić weekend na szlaku czy poczytać książki.

Morał z tego taki: lepszy czas w garści niż uznanie innych na przysłowiowym dachu. A już na pewno czas to pięniądz, chociaż tą walutę warto „wydać” na wartościowych ludzi.

I tym optymistycznym akcentem zamykam listę momentów, które złożyły się na poczucie szczęścia. Polecam rozważyć zastosowanie u siebie, a nuż okażą się i u Ciebie „kamieniami milowymi” bądź małym remedium na chandrę?

UWAGA! Przed użyciem zapoznaj się z własnymi potrzebami dołączonymi do Twoim osobistych preferencji i upodobań bądź skonsultuj się z własnym sumieniem z bądź kimś, komu ufasz, gdyż każda rada niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu .