Co stało się na Białorusi?

  • 19 Jul 2017
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Podróże

Kiedy decydowaliśmy się kilka miesięcy temu, że odwiedzimy Białoruś, nie sądziliśmy, że wiąże się to z kłopotami jeszcze zanim przekroczymy granicę.  

Depeche Mode grają po całej Europie promując swój nowy album Spirit. Postanowiliśmy wspólnie z Rudim wybrać się akurat do Mińska. Nigdy nie byłam „na wschodzie”, a zawsze chciałam zobaczyć jak wygląda świat za tą granicą, więc „depesze” stały się idealnym  pretekstem! No i bieg kobiet! Tak, tu też odbywa się bieg kobiet, więc tym bardziej poczułam pewną chęć, aby się tu pojawić, o czym nie omieszkam napisać w kolejnym blogu.

Wiza za milion dolarów

Tydzień przed wyjazdem przypomniało mi się, że czas najwyższy ruszyć z załatwianiem formalności dotyczących otrzymania wizy. Wcześniej zerknęłam w Internet, że proces rozpatrzenia trwa do pięciu dni roboczych. Jak podpowiadał konsul na stronie ambasady, w otrzymaniu wizy pomaga zaproszenie, też oświadczenie rezerwacji z danego hotelu. Nie mamy ani zaproszenia, a potwierdzenie rezerwacji z hotelu wydało mi się nonsensem więc wypełnione papiery wraz z paszportami pojechały pocztą do ambasady bez tych niezbędnych (jak się później okazało) dodatków.

W sobotę zaplanowaliśmy wyjazd, choć do samego końca był on dla nas niewiadomą. Zadzwoniłam do ambasady z prośbą o informacje, czy nasze dokumenty dotarły i czy będzie można je odebrać w piątek razem w wizą. Był wtorek. Miły głos w słuchawce z iście rosyjskim akcentem poinformował mnie że dopiero 30 minut temu dotarła do nich przesyłka więc licząc pięć dni roboczych wizy będę gotowe za tydzień na wtorek. Wtorek?! Potrzebujemy odebrać wizę najdalej w piątek po południu. Na co Pani – to trzeba dopłacić.  Kosztowało nas to dodatkowe 50 euro, a razem 100. Ponad 400 zł – drogo, no cóż, mądry Polak po szkodzie.   

Konsul jednak był na tyle uprzejmy, że osobiście się ze mną skontaktował prosząc o wyjaśnienia, bo wniosek, jak usłyszałam niestety nie jest kompletny. Pomyślałam wówczas po jaką cholerę pchamy się na tą Białoruś? Dużo prościej byłoby zapakować się z moim bratem autem i pojechać do Pragi na „depeszów”, w której do tej pory także nie byłam nie dopłacając przy tym do interesu  kilku stów i  nie szarpiąc nerwów.

Konsul przez telefon drąży ze mną temat dalej. Do listy „wyjaśnień” doszła informacja, że bank pobrał prowizję od ambasady i trzeba dopłacić kolejne 4 euro. Następnego dnia okazało się, że konsul wciąż nie ma od nas przelewu na swoim koncie  mimo, że ja na moim widzę jak byk, że wszystko wyszło i to z kolejnymi prowizjami!  Przestałam już wydzwaniać, prosić, pytać. Co ma być to będzie. Jadę z misją do Warszawy. 

Jest piątek. Jutro chcemy jechać pociągiem na Białoruś z Warszawy do Terespola i stamtąd do Brześcia już za granicą. Czy się uda? Docieram do ambasady przy Wiertniczej o 14.30. Kilka osób koczuje pod budynkiem. Pytam czy czekają na odbiór wizy. Okazuje się, że tak, a te będą wydawane od 15. Wchodzę z duszą na ramieniu. Czekam w kolejce. Pani każe podać nazwiska i prosi o wyjaśnienie zapraszając do kolejnego okienka służącego do „do spraw specjalnych”.

Dopytuje mnie dlaczego we wniosku napisałam, że chcemy wizę od 15 do 20 lipca, skoro potwierdzenie rezerwacji hotelowej mamy jedynie do 19? Odpuściłam temat, proszę o wystawienie wizy do 19. Niech im będzie, bo robią cyrki z tymi potwierdzeniami, co nam w szczególności nie na rękę. Zazwyczaj nasze podróże planujemy spontaniczne dokonując rezerwacji na 1,2 dni, a potem? Potem  decydujemy już na miejscu, moderując często plan dalszych destynacji. Tu jednak jak w zegarku, władza musi wiedzieć co się z tobą dzieje i najgorzej, że to jedynie dla zasady.

W Terespolu łapiemy „od ręki” stary autokar pełen Białorusinów. Wsiadamy ochoczo ciesząc się, że tak sprawnie nam poszło. Koszt to jedyne 10 zł, choć i drogi niewiele. Do naszego hotelu w Brześciu może z jakieś 10 km – rzut beretem. Czyżby? Te 10 km pokonywaliśmy ponad 6 godzin! Kolejny cyrk najpierw na polskiej granicy. Wśród pasażerów słyszę: tak pracuje Unia. Trudno się z tym nie zgodzić, bo leci już trzecia godzina, a my wciąż stoimy. Moją niecierpliwość nieco gasi wciągająca książka - „Córka rabina”.

Około 20 nareszcie przekraczamy granicę polską. Zakładam, że teraz już pójdzie wszystko jak z płatka. Znów się pomyliłam. Do autokaru wskakuje celniczka, młoda Białorusinka o tlenionych blond włosach. Potyka się o moją walizkę krzycząc: „zabrać to stąd!”. Po chwili wyłapuje, że my „Polaki” i pyta nas czy mamy papier. Jaki papier? Dajemy paszporty, co więcej? Do dyskusji włącza się kierowca.  – Nie macie papieru? – pyta. – Jakiego papieru?  odpowiadam. Po chwili kierowca wciska nam w ręce nerwowo jakiś formularz, który mamy wypełnić, a potem jeszcze ma pretensje, dlaczego tego nie mamy! Oczywiście karteluszki i tak nikt nie czyta, wszystko co na niej, jest w naszej wizie, biurokratyczny bezsens rozpętał wojnę polsko – białoruską. Pasażerowie dyskutują, bo wstrzymujemy i tak już wydłużający się proces kontroli. Wpadają między sobą na pomysł, że ich to powinni puścić, a „turysty” niech zostają. 

Czekamy kolejne dwie godziny. Pasażerowie z naszego autokaru przemieszali się na dwie grupy. Podchodzę do chłopaka, który wydało mi się, że chyba zna polski. – Dlaczego to tak długo  to trwa? Zawsze tak jest? Pytam. –  Nie, zazwyczaj jakieś dwie godziny. Kierowca nie ma dokumentu na autokar i teraz sprawdzają go z góry na dół – wyjaśnia. – Wsiadam za chwilę do innego autokaru, w przeciwnym razie spóźnię się na pociąg, a jadę do domu na Syberię…Chłopak od ośmiu lat mieszka w Poznaniu i na czas wakacji wraca w rodzinne strony. Będzie jechał kolejne trzy dni koleją transsyberyjską.

Grupa „uprzywilejowanych” załatwiła sobie zamienny transport korzystając  z innego autokaru. Rozpoczęła się awantura  z celnikami. Jedna z kobiet  zaczyna krzyczeć, że „ruskie pojechały, a swoich to trzymacie”. Dopingowałam ją w myślach będąc już naprawdę zmęczona tą absurdalną sytuacją,  do jakich my,  obywatele  UE kompletnie nie przywykliśmy.

Do Brześcia dojechaliśmy grubo po 23. Od 16:30 trwała nasza eskapada, aby się tu znaleźć. Padamy zmęczeni  na wygodne hotelowe łóżku o standardzie trzech gwiazdek. Teraz będzie już tylko z górki – pomyślałam, by znów się pomylić…

Brześć lśni czystością. Hotel serwuje smaczne jedzenie, choć ceny polskie. Za pobyt płacimy ok. 140 zł w rublach białoruskich. Spędzamy tu jeden dzień, planując podróż koleją do Mińska za którą płacimy 80 zł. Choć czas się tu zatrzymał, komfort podróży przez szersze wagony lepszy niż polski.  Wygodne leżanki, kawa, herbata w szklankach z uchwytami ze srebra. Takie miała dawno temu moja babcia w swoim barku.

Po trzygodzinnej podroży Mińsk wita nas swoim miejskim przepychem w socrealistycznym stylu. Wygląda jednak bardzo europejsko. Wielkie place, okazałe pomniki, muzea, parki. Wszystko poukładane jak w bombonierce i wyświechtane co jest  zresztą domeną państw z dyktaturą, aby odwrócić uwagę od problemów dotykających białoruskie społeczeństwo. Wiele faktów z jakimi się spotkałam  w polskich mediach wydaję mi się jednak coraz bardziej przejaskrawionych, a tymczasem w naszym hotelu przy śniadaniu spoglądam na telewizor.  Co widzę? Reportaż z Polski, gdzie pod sejmem ludzie skandują w obronie demokracji z wielkimi afiszami…


Zbliża się ten dzień! Koncert depeszów! Jedziemy autobusem z biletem za 60 kopiejek (1,20 zł). Wysiadamy i niecierpliwi przebiegamy przez ulicę, wyjątkowo na czerwonym świetle. Kierowca, który nas mija z pełną powagą kiwa nam z przestrogą palcem. Łamanie miejskich zasad nie jest w dobrym stylu. Każdy poczuwa się do pilnowania porządku, takie odnoszę wrażenie. 

Siadamy w hotelowej restauracji. Zamawiam wódkę z sokiem, Rudi piwo. Przebieramy jednak podekscytowani nogami, rozglądamy się za fanami. Poznaję ich po czarnych koszulkach z napisem DM. Bez pośpiechu sączą piwo. Patrzymy na zegarek: 19:45. Lecimy do areny, już najwyższa pora. Po drodze mijamy kolejnych fanów, jednak idą w przeciwną stronę. Nie zbaczamy jednak z kursu. Na placu tłoczą się grupy osób. Ktoś do mnie dzwoni. Śmieję się, że to pewnie sam Dave Gahan zatroskany naszą nieobecnością. To mój brat. Wielki fan Depeche Mode, który w swoim życiu zaliczył już kilka imprez z ich udziałem. Nie wiedział, że jestem tuż przed koncertem. Więc w pośpiechu przekazuję mu te wieści, na co on – będziesz ci się podobać. Rozłączam się po chwili, która kosztuje mnie ok. 6 zł.

Wchodzimy po schodach, dobiegamy do drzwi. Ktoś krzyczy cancel, cancel! W pierwszym momencie myślę, że „cancel” dla osób, które może rzutem na taśmę, chcą  dostać  jeszcze wejściówkę?  Macham więc biletami przed twarzą ochroniarza. Słyszę jak z zewnętrznych głośników po rosyjsku mówią: „z wielki zażaleniem”. Tylko to wyłapuję, co zaczyna dawać do myślenia…

Po chwili dowiadujemy się, że koncert został odwołany. Nie dowierzam, to nie może być prawda! Mój pierwszy depeszowy koncert odwołany z powodu choroby jednego  z członków zespołu – pada lakoniczna informacja. Wkurzona od razu stawiam na Dave’a, który już niejednokrotnie wystawiał swoich fanów do wiatru. Teraz wystawił nas, za co zapłaciliśmy z jakieś 800 zł. Zła, zła, zła!  

A jednak koncert się odbył…

W drodze powrotnej nieopodal naszego hotelu dobiega nuta I feel you. Zaciągam Rudka za rękę, aby sprawdzić co to za impreza. Zostaliśmy na niej przez godzinę, oglądając na wielkiej ścianie przy restauracji koncert Depeche Mode  razem z innymi fanami. Przez chwilę zapomniałam o sprawie, bujając się w rytm kolejnych  hitów depeszy i spoglądając jednak  nieco z zazdrością na bawiące się euforyczne tłumy na ekranie.

Jutro miał jednak nadejść moment oczyszczenia! Wybiegam mój „depeszowy” żal i przygotuję plan B. Nie odpuszczam tak łatwo! Mimo wszystko.

Pewną ciekawostką w tej historii, jest też to, że to drugi koncert z rzędu, na który wybieramy się z Rudim i który notabene także zostaje odwołany z powodu choroby jednego z członków zespołu. Ten poprzedni odbywał się jednak w Warszawie. Dziś tam wracamy, bo jutro koncert Depeche Mode! Udało się nam ostatecznie przebukować bilety!