Bom dia Lizbona, Bom dia Azores!

  • 25 Apr 2015
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Podróże

Iberyjska lekkość bytu powinna zapanować w całej Polsce! Z takim przekonaniem wracam pełna energii do wałbrzyskiego zakątka, gdzie cumuję po wojażach. Tym razem decyzja gdzie i kiedy zapadła szybko i spontanicznie – Azory, wyspy portugalskie, które jeszcze schowane przed masową turystyczną produkcją. Po drodze łącząc loty, aby było miło, szybko i ekonomicznie zatrzymałam się kilka dni w Lizbonie, skąd docelowo leciałam „na” i „z”.

Wylądowałam w Ponta Del Gada – stolicy jednej z 9 wysp wulkanicznych - Sao Miguel. Z małego, ale nowoczesnego lotniska, po 1 w nocy zabieram się z przyjaznymi tubylcami do centrum.  Po kilku minutach jestem w hotelu, gdzie wita sam właściciel. 

Pierwsze z 6 dni jakie spędziłam na wyspie upłynął na przywitaniu z miastem - oczywiście biegiem. Przemknęłam wzdłuż wybrzeża, na końcu którego prezent -  kameralne plaże z czarnym piaskiem, otoczone z każdej strony powulkanicznymi głazami, z przesmykiem oczywiście na Ocen! Do tego słońce, które okazało się nader łaskawe  w kwietniowej porze.

Tam gdzie stopa nie zabiegnie, koła zawiozą!

Każdy, kto lubi aktywnie spędzać czas, koniecznie musi wypożyczyć rower za 20 euro od osoby. W tej cenie bicykl na cały dzień naprawdę dobrej jakości. Całodniowa wycieczka rowerowa to niezapomniane widoki dzikiej, soczyście zielonej wyspy, w którą jak malowane wplatają się kwiaty koloru fuksji i fioletu. Z jednej strony Ocean, z drugiej soczyste doliny z pasącymi się krowami, które są wizytówką Azorów, a z trzeciej jeziora, które „zadomowiły” tam ponad 2 tys. lat temu!

To, że stromo i wciąż w górę nie dziwi. Byłam przygotowana na to, że czeka na mnie różnica wzniesień ponad 1000 metrów. Po pierwszych 30 km docieram do uroczej, malutkiej wioski , pełnej białych, miniaturowych domostw. Jedna restauracja gości wszystkich przyjezdnych – tanio i smacznie. Po pysznej espresso, która na Azorach jest zwyczajnie cafe lub expresso(!) naładowana smakiem, objeżdżam jezioro ku drodze powrotnej.

Czas na wyprawę w głąb wyspy. Cel: Furtas – malutkie miasteczko słynąca ze źródeł termalnych w górzystym regionie. Bajka wciąż trwa,  a ja czuję się jak w ogrodzie Alicji z Krainy Czarów! Zmutowane paprocie wielkości sporych drzew, pnącza, kwiaty, mchy – park jurajski i tylko pterodaktyli zabrakło!

Po wyjściu z lasu – docieram do jeziora, wokół którego rozprzestrzenia się niemiły, acz intrygujący zapach siarki. „Dym” trącący nos wydostaję się z wnętrza ziemi wraz z gotującą wodą.  Takie cuda matki ziemi.

Azorskie przysmaki

Kuchnia azroska wiadomo morskimi stworzeniami stoi.  Stawiałam na chrupiące ośmiornice, krewetki i świeżą, grillowaną makrelę. Ceny bardzo przystępne. Choć czasami cafeterie i restaurante nie wyglądają zbyt wystawnie, warto skorzystać. Za zestaw z frytkami, rybą do wyboru i płatkami sałaty zapłacimy już nawet 4 euro.

Nie było mi zbyt smutno, że opuszczam wyspę, bo w dobrym nastroju wciąż trzyma Lizbona, gdzie zatrzymuję się na kolejne 3 dni.  Miasto tętni życiem, w przeciwieństwie do nieco leniwych Azorów. Tam czas się celebruje, a nie za nim goni. Taka zmiana jednak się przyda, bo czas zacząć pracować w oddziale zamiejscowym – Lizbono  więc witaj znów!

Nie mogę się oprzeć pysznej kawie espresso, która smakuje  nad wyraz wyjątkowo. Portugalski styl życia kręci się wokół małej czarnej, słodkiej przekąski  i ewentualnie kieliszka wina. Jedzenie to powtórka z Azorów – jednak tu  trzeba zejść ze szlaku turystycznych restauracji , dotrzeć tuż za róg do niepozornego baru sympatycznego Pedro. Smakuje tak samo, a już od 5 euro za zestaw obiadowy.  Najlepszy to omlet z krewetkami/tuńczykiem i frytkami. Polecam!

Kobieta w biegu nie mogła oczywiście obejść się bez biegania. Na deser zostawiłam sobie wieczorne wybieganie.  Tu naaaprawdę można się spocić i wyćwiczyć konkretną siłę! Podbiegi są nieodłącznym elementem zarówno ulicznego, jak i leśnego krajobrazu Lizbony.

Zmachana, ale spełniona zawitałam przez przypadek do sklepu, który miał przynieść ulgę mojemu pragnieniu. Przyniósł a i owszem, tylko zamiast wody, do domu wróciłam z baniakiem sangrii – owoców cytrusowych zalanych szampanem i smakiem ślimaków w ustach. Sklep w asortymencie miał docelowo 2 produkty: ślimaki te małe i te duże oraz wiele odmian hiszpańskiego napoju – sangrii. Ciekawe.

Nie ograniczona przymusem bycia i siedzenia w „office”,  rozochocam się na więcej!