Azja nie do biegania?

  • 20 Nov 2016
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Podróże

Po 11 godzinach lotu wypełzamy leniwie z samolotu, aby przywitać się z  jednym z największych azjatyckich miast. Szukamy toalety i zrzucamy z siebie ostatki zimnej europejskiej aury. Bucha gorąc, czuć wilgotne powietrze, a zewsząd dobiega gwar dziwnie brzmiących języków. Witaj 7 milionowy Bangkoku i obiecaj, że nas nie zgubisz. Gubił – i to z kilka razy.

W taksówkę wsadził nas Maciek – Polak mieszkający tu od dłuższego czasu i zakochany po uszy w Azji. W naszym imieniu negocjował kwotę z kierowcą, za jaką ma nas zawieść do hostelu. Uprzedził, że kierowcy migają się przed włączeniem taksometru  zawyżając ceny. Czwarty z kolei kierowca zgadza się włączyć „mite”. Jedziemy! Kosztuje nas to 260 batów, niecałe 30 zł.

Po 30 minutach docieramy do hostelu, a przynajmniej tak nam się wydaje. Pytamy tutejszych o wskazówki, a ci w zamian za swoją pomoc od razu oferują nam pakiet usług: tuk tuk, travel?

Szukamy dalej czując się jak przysłowiowe dzieci we mgle. Jest! Ale trzeba chwilę czekać. Czekamy  więc rozglądając się wokół: na każdym kroku mobilne kuchnie, z których bucha para zapachów wszelkich. Klientów nie brakuje. Wszyscy jedzą: makaron ryżowy  (w postaci Pad Tai pycha!!!), ryż z sosem + mięsa, zupy z owocami morza.  Choć może na pierwszy rzut oka nie wygląda to apetycznie, dajemy ulicznemu jedzeniu szansę i rychło przekonujemy się do tych tajskich rarytasów... Ja zakuplowałam się najbardziej z bananami w cieście. Mniam!

Ładujemy się do naszego pokoju. Ale hola hola, nie tak prędko. Najpierw trzeba zdjąć buty przed wejściem. Ściągamy także przed wejściem do świątyń– tu dla mnie uzasadnione. Ale przed apteką? Przed sklepami? Na ulicach wiele poukładanych klapek, japonek, sandałów…Czekają na właścicieli.  

Wieczór w Bangkoku cichy i spokojny nie jest, zwłaszcza na Khao San Road. Najwięcej tu jedzenia, restauracji, barów no i miejsc na tajski masaż. W towarzystwie sympatycznej Pam – Tajki i jej kuzyna, poznajemy meandry tajskiego życia. Okazuję się, że obecnie ulice wcale nie są aż tak gwarne jak zazwyczaj. Wszystko za sprawą śmierci króla Bhumibola Adulyadej, którego z pietyzmem żegnają od kilku tygodni wszyscy Tajowie. Był on najdłużej panującym królem na świecie (ponad 70 lat)! Na każdym kroku widać jego zdjęcia wbudowane w wielkie ołtarze ozdobione kwiatami i girlandami. Tajowie w ramach żałoby, która ma trwać rok, ubrani są w czarne lub białe ubrania ze znaczącą przewagą tych pierwszych. Zwrócono nam uwagę, aby w tej sytuacji nie ubierać się w jaskrawe kolory. Jakoś przebolałyśmy. Zachwyciły przepiękne świątynie, m.in. Wat Suthat z monumentalnymi posągami Buddy, dzielnica Chinatown wieczorową porą. Kompleks królewski niestety wciąż jest zamknięty z powodu śmierci króla.  

Jedziemy do Kambodży!

Po dwóch dniach spędzonych w aglomeracji postawiłyśmy na podróż  pociągiem do granicznego miasta, gdzie docieramy przyjemnie po pięciu godzinach. Koszt w przeliczeniu to ok. 4 zł. Docieramy na granicę tajsko-kambodżańską późnym wieczorem.  Przechwyca nas nieznajomy mężczyzna, proponując nam pomoc, ba, nawet troszcząc się o nas podkreślając abyśmy pilnowały swoich rzeczy.
Kurczowo ściskając torebki przedzieramy się przez tłumy. Graniczny handel kwitnie tu 24h na dobę. Mężczyzna kieruje nas do punktu celnego. Zapewnia, że czeka na nas po drugiej stronie i tak też było. Jego obecność jednak zaczęła nas zastanawiać. Od samego początku deklarował, że nie chce pieniędzy. Zapytany jaka jest jego rola i kim właściciele jest, wyciągnął spod pazuchy legitymację, która miała udowodnić nam, że jest przedstawicielem rządu i pomaga turystom przekraczać niebezpieczną granicę. Niebezpieczna naszym zdaniem nie była, choć fakt lepiej dmuchać na zimne i skrycie chować cenne rzeczy.

Wiza do Kambodży

Docieramy do punktu zakupienia wiz do Kambodży. Płacimy za nie po 30 dolarów. Wypełniamy jakieś świstki, płacimy dolkami, a tu celnik wskazuje na kartkę, gdzie jest napisane: 30 $ + 100 bathów. To się pytam, za co te 100 bathów? A on, że trzeba, bo jeśli nie zapłacimy teraz to w ambasadzie będzie trzeba zapłacić 1200. Yyyy jakiej ambasadzie? To jakiś szwindel od razu tak pomyślałam, mając w pamięci opowieści innych podróżników.  Kilka razy powtórzone do celników, że „nie mamy 100 bathów” dało efekt. Chłopaki żegnają nas ostatecznie uśmiechem i przepuszczają za granicę. 100 bathów co prawda żaden majątek (11 zł), ale no jakieś zasady muszą być i kropka.

Wsiadamy do busa z kilkoma innymi nacjami wskazanego przez naszego opiekuna, płacimy 15 dolków + napiwek. A jednak. Mężczyzna upomniał się o swoje.
Droga do Sieam Reap długa i ciemna. Na ulicach brak oświetlenia. Po ponad 2 godzinach lądujemy w hotelu z…basenem za 4 $ za noc. Wynegocjowane z 6 dolarów, w końcu dwie handlary się dobrały (z Agatką) i nie mogło być inaczej.

Wiza i waluta

Aby wjechać do Kambodży nie potrzeba wcześniej załatwiać żadnych formalności. Trzeba mieć jednak ze sobą zdjęcie. Wizę kupimy za 30$.  Nie ma potrzeby wymiany waluty na riele, dolary mile tu widziane.  Kambodża otworzyła przede mną niesamowite wrota. Kraj zniszczony nędzą, a jednak turystycznie podążający żwawo w stronę Zachodu. I dobrze to i źle. Źle bo chciałabym, aby zachowali swoje dziedzictwo kulturowe i się tym chlubili.  A ja nie odniosłam jednak takiego wrażenia słysząc z każdej strony zagraniczną muzykę.

W Kambodży odwiedziłyśmy dwa nietuzinkowe miejsca. Pierwsze to osada na rzece Sieam Reap i jeziorze Tonel Sap – największego w Indochinach  na którym mieszkają setki Khmerów. Bez prądu w warunkach, które nam nie mieszczą się w głowie. Są tam jednak szkoły, kościoły, a nawet cmentarze na wodzie! Intrygujące.

Angor Wat – spuścizna kulturalna Khmerów. Kompleks świątyń robi wrażenie. Bilet kosztował nas 20$. Ponoć od przyszłego roku cena ma wzrosnąć do 38$. Spędziłyśmy tam cały dzień przy okazji witając się z małpami, które są stałymi mieszkańcami tego miejsca.

Urzekły mnie kambodżańskie restauracje, na trasie przy głównej drodze do centrum miasta Sieam Reap. O tyle nietypowe, że nie znajdziemy w nich stołów czy krzeseł, ale maty i hamaki. Wszystko w chacie na palach położonej na podmokłych terenach, z których wędką można wyciągnąć sobie rybę i na miejscu ją zjeść. Aaaa i kran do mycia rąk – przyczepiona plastikowa rura ze zbiorniczkiem wody, może z 3l. Wszystko leci do rzeki…Byłoby dobrze, aby leciało tylko to…

Kambodża ukazuje obraz, który moim zdaniem uczy pokory. Bieda wystająca zza hoteli na każdym kroku, życie za 1$ dziennie…Scheda po pożodze Czerwonych Khmerów z Pol Potem na czele do dziś zbiera swoje żniwo. Ludzie żyją tu średnio 57 lat – brakuje kadry lekarskiej i wyposażonych szpitali. Kambodża to jeden z najbiedniejszych krajów na świeci, gdzie ponad 60% osób to analfabeci.  Kraj jednak stopniowo, ale zmienia się na lepsze.

Półmaraton w Angor Wat

Takiej niespodzianki się nie spodziewam i patrząc na kalendarz, ryczeć mi się zachciało, że nie będę mogła wziąć w nim teraz udziału. Tak blisko, a tak daleko. 4 grudnia odbywa się w Angor Wat półmaraton w przepięknych okolicznościach świątyń. Środki zebrane ze sprzedaży pakietów zostaną przeznaczone na ofiary min - te bowiem zbierają po dziś dzień swoje żniwo wśród niewinnych osób w tym dzieci. Za rok bardzo będę się starać aby w nim pobiec.

Powrót do Tajlandii

Kolejna destynacja to tajskie wyspy. Z Kambodży wsiadamy w znany nam transport kolejowy i ruszamy do Bangkoku skąd mamy lot na największą tajlandzką wyspę Phuket. Dwa dni spędzamy w Pearl Village w domku nad brzegiem morza, skąd nie chciało mi się już nigdzie ruszać. Doba tam kosztowała 1000 batów, czyli ok. 120 zł. W skali tutejszych cen sporo, ale lokalizacja była tego warta.

Poznałam tam sympatycznego Taja, który opowiedział mi historię tego miejsca naznaczonego tsunami z 2004 roku. 70% osób mieszkających w tej okolicy zginęło. On cudem uszedł z życiem uciekając w głąb lądu.  - Słonie uciekały, małpy piszczały uprzedzając nadchodzącą śmiertelną falę.  – A to są drzewa które zasadziłem – opowiadał wskazując na młode palmy.  
Z nadmorskiej mieściny zatopionej w głuszy wybrałyśmy się na całodniowy rejs po wyspach. Kosztowało nas to 1300 batów od osoby, choć ceny zaczynały się od 2 tys. batów - warto więc negocjować.  Widoki zapierały dech w piersi: krystalicznie czysta woda, miękki piasek, kolorowe ryby, palmy, pyszne kokosy…, wiatr we włosach, cisza i spokój.
Czego chcieć więcej? Tylko (lub aż) biegania!

Z moich podróży mam zawsze niedosyt: że tu nie byłam, tam nie zobaczyłam no i w Kambodży nie pobiegałam. Ale nic straconego. Wpisuję ponowną wizytę w tych azjatyckich zakątkach na rok 2017 bo naprawdę warto!