Kiedy pracowanie miesza się z kochaniem?

  • 04 Mar 2018
  • Dodane przez Marzena Michalec

Jak pracować wspólnie by nie zwariować? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. Wymaga od dwóch kochających osób dużej dojrzałości emocjonalnej, dystansu oraz zaufania. Poświęciliśmy na to sporo czasu i nie mogę powiedzieć, że jest już idealnie. Ale widać światełko w tunelu, a to najważniejsze.

Pracujemy wspólnie od ponad 3 lat. Jesteśmy ze sobą tyle samo. Połączyła nas długoletnia przyjaźń, sięgająca czasów studenckich, a później przedsiębiorczość. Rudi początkowo był „ciałem doradczym” w mojej ówczesnej firmie. Szybko przekonałam się, że zna się na wielu rzeczach i połączenie sił będzie krokiem naprzód w rozwoju firmy. Razem stworzyliśmy także wspaniałą imprezę  - Bieg Kobiet Zawsze Pier(w)si, która niesie się przez Polskę.

Oboje byliśmy sobą zauroczeni nie tylko w kwestii biznesowej. Uwielbiałam spędzać z nim wolny czas przepleciony planami i dyskusją na temat przyszłości naszej wspólnej już firmy.  Pomiędzy wypadami na koncerty, bieganiem, tworzyliśmy razem strategie, układaliśmy plany mieszkając już pod jednym dachem. W pewnym momencie, kiedy żar namiętności opadł, praca stała się tym co naturalnie łączyło, ale i zaczęło dzielić.  Najtrudniejszymi momentami według mnie dla par pracujących w jednej firmie zawsze jest kwestia pojawiających się problemów. Coś nie pyknęło jak potrzeba, ktoś coś zawalił, źle zrobił.  Frustracja więc na obu polach. Jak rozliczyć się z tego, aby następnie bez much w nosie usiąść do stołu i zjeść ze smakiem obiad? Trudne to, ale nie – niemożliwe.

Na początku wspomniałam o dojrzałości emocjonalnej – muszę przyznać to wprost, potrzebowałam na to więcej czasu niż Rudi. Każde niepowodzenie odbijało się w naszym związku czkawką, kłótniami i podniesionym tonem. Było wiele momentów, kiedy chciałam rzucić wszystko w cholerę, nie móc znieść wysokiego kosztu – wydawało mi się, że pracując razem poświęcamy coś dla nas bezcennego. Wychodziłam więc wielokrotnie z inicjatywą aby nasze drogi w sferze zawodowej się rozeszły. Zakładałam, że nie jest możliwe pracowanie ze sobą i dzielenie problemów w firmie, bo te zawsze zaglądają nam „do łóżka”.

Nie było więc różowo.  Przełomowy momentem nastał po ponad roku, gdzie zaczęliśmy, zwłaszcza ja z pewnym dystansem podchodzić do tego co wspólnie robimy. Zdałam sobie sprawę, że nie jest możliwe, aby oddzielić grubą kreską pracowania i kochania. 

Optymalizacja czasu

Ale gdyby tak popatrzeć na to z innej strony? Klasyczny przykład jaki spotykam na co dzień pośród swoich znajomych: ona wychodzi z domu po 7:00, on chwilę później. Do domu schodzą się grubo po 18, czasami dalej, chcąc, każde z osobna wycisnąć z dnia ile wlezie. Ona dodatkowo leci jeszcze wieczorem na fitness, on zdarza się, że domyka zaległe obowiązki zawodowe „po godzinach”. Zmęczeni dniem spotykają się późniejszym wieczorem w domu – wyzuci z sił, czasem wkurzeni i nawet zamienienie wspólnego słowa zaczyna być męczące. Żyją na zasadzie – oby do piątku, by móc podreperować zaniedbaną w tygodniu relacje.  Wiem co piszę - mój poprzedni związek wygląda dokładnie w ten sposób i naturalnie nie przetrwał tej próby.

Tymczasem obenie pracując wspólnie mamy okazję napić się herbaty w ciągu dnia, zamienić słowo, przytulić się, wymienić pocałunkiem czy po prostu żartem. To bardzo doładowujące. Jesteśmy razem, mamy siebie na wyciągnięcie ręki. Każdy z nas zajęty swoją działką, ale jednak obok. W obliczu codziennej gonitwy, wielości zadań uważam, że jest to bardzo pozytywne i ma dużą wartość dodają w naszej relacji.

Często wyjeżdżamy służbowo.  Łączymy nasz city break ze zwiedzaniem, pyszną kolacją, czasami też z bieganiem i koncertowaniem.  I choć jesteśmy w pracy,  mamy dzięki temu okazję „zmienić nieco klimat”. To bardzo ważne, aby nie popaść w życiowy marazm. Wspólne podróże zawsze działają na nas bardzo inspirująco wnosząc wiele świeżości.

Kolejna rzecz jaka się zmieniła to podejście do problemów. Początkowo stałam na stanowisku, że żadne z nas nie ma prawa popełnić błędu. Winiłam za to siebie i Rudiego nie dopuszczając myśli, że problemy są, były i będą. Prowadzenie firmy szybko więc zweryfikowało moje idealistyczne podejście. Zaakceptowałam taki stan spraw i wytłumaczyłam sobie, że przecież gramy do jednej bramki i każdy z nas zawsze pracuje na 1000% nie mając z założenia złych intencji. Do tego musiałam jednak dorosnąć i obudzić swoje uśpione zaufanie. 

Jedna firma, dwa punkty widzenia

Każdy z nas jest inny. To oczywiste. Różnorodność jednak łączy bardziej niż dzieli – do tego także musiałam dojrzeć. Dwie osobowości, dwa różne talenty, czasami inne punkty widzenia, ale wspólny cel. I to ostatnie jest żelaznym spoiwem, o którym nie można zapominać – zarówno w miłości jak i w prowadzeniu wspólnego biznesu.  Jeśli więc nie potrafimy rozmawiać i spotykać się gdzieś po środku, pewnym jest, że nie wytrwamy. Wspólna praca jest codziennym, bardzo wydajnym szkoleniem także w relacjach partnerskich.

Dlaczego wspólna praca nie cieszy się popularnością?

To bardzo proste. Wiele razy spotykałam się ze stanowiskiem, że nie da się połączyć wspólnej pracy i miłości. Ba! Słyszałam nawet opinie, że takie połączenie to toksyczny związek, w co absolutnie nie warto inwestować. Uważam, że żyjemy pewnymi schematami – nie prawdziwymi. Boimy się „odstąpić od reguły” i wytyczać własne ścieżki szyte na naszą miarę ponieważ brakuje nam autorytetów. A to obieg zamknięty – bo nikt w szkole czy nawet na studiach nie uczy podejmowania decyzji. Wygodnie nam kiedy jesteśmy z niej zwolnieni. Dlatego najlepiej aby ona zajęła się dziećmi, pracowała na „pewnym” etacie, a on był przykładnym ojcem, który po 16 wraca do domu i wspólnie jedzą obiad. To już nie działa. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, schematy zawodzą….