Black terror

  • 26 Nov 2017
  • Dodane przez Marzena Michalec
  • Motywacja

Piątek. 9 rano. Zaczynam pracę. Coś co chwila próbuje jednak odwieść moją uwagę, a że jak to moja babcia mówi, pracuje „w komputerze”, moja ucieczka musi być sprytna i przemyślana. Skrzynki @ nie wyłączę, niemniej doceniam u panu google segregacje zakładek, ale nawet on nie ze wszystkim sobie radzi. Trzy e-maile od pewnej pani przebijają się i lądują w wiadomościach głównych! Trzy - o tym samym: pilne, ostatnia szansa, tylko teraz - wyobrażasz sobie? Ta perswazja naprawdę mnie wkurza, no ale może jest skuteczna? Na pewno, zwłaszcza dziś, kiedy zewsząd trąbią że jak nie kupisz - umrzesz! Czyżby?

Włączam radio aby wprowadziło mnie w stan inspiracji - ostatnio rockradio.pl. Więcej dziś jednak tam mówili o zakupie konsoli, samochodu i innych wiankach niż słyszałam muzyki. Wyłączam. Pod ręką telefon. Dostaję sms. Nie, kilka sms’ów - załamuje ręce, są wszędzie. Lecę biegać - nie po sklepach, co działa na mnie lepiej niż miliony monet wydane w centrum handlowym.

Czarny terror rozprzestrzenił się na naszej planecie błyskawicznie! I żeby była jasność: niech gospodarka się kręci, wtedy nam wszystkim będzie żyło się lepiej. Sama przecież mam własny biznes, a w sumie nawet kilka gdzie sprzedaje różny wachlarz usług i wiem jak ważne jest dotarcie do potencjalnego klienta. Na black friday jednak spojrzałam dziś z nieco innej strony, tej bardziej społecznej, gdzie kupić można nawet szczęście, przynajmniej tak ci wmawiają. Ile w tym prawdy i jakie ja mam na ten temat zdanie? Przytoczę tu pewną historią.

Kiedyś miałam pewną znajomą ze studiów. Dziewczyna bardzo dużą uwagę poświęcała swojej urodzie. Dbała o każdy milimetr swojego ciała, włosy, paznokcie, ciuchy, torebki no wszystko na swoim miejscu, perfekcyjne. Jedni patrzyli na nią z zazdrością, drudzy kpili, a jeszcze inni szczerze podziwiali. Należałam do tych ostatnich, bo zdawałam sobie sprawę jak dużo energii potrzeba aby być idealną. Pracowałam wówczas jako dziennikarka, studiowalam dziennie. Często łapałam dodatkowe fuchy na weekend. Czasu jak na lekarstwo, zalatana bardzo często wpadałem w ostatniej chwili na wykład. A ona zawsze na czas i idealna. Szacun. Polubiłyśmy się mimo różnic, sporo rozmawiałyśmy. Ona znalazła we mnie bratnią duszę, ja mogłam być bliżej ideału, ale przede wszystkim lubiłam ją.

Okazało się, że idealna - ma pewien problem. Zwierzyła mi się, że jest uzależniona od zakupów i od tego jak wygląda. Że są momenty w jej życiu, w których czuję się beznadziejnie, a zakupy dają jej namiastkę szczęścia. Jej potrzeba kupowania i inwestowania w swoją urodę była doraźnym lekarstwem na jej zagubienie. Dziewczyna miała stany depresyjne, szukała własnej drogi…Poza byciem idealnym na zewnątrz w środku była u niej pustka...

Jej historia zapadła mi w pamięć. Zapytałem mojej znajomej psycholożki, czy zauważa rosnący trend na tego typu przypadłość? Odpowiedziała, że z roku na rok przybywa osób z takimi problemami, którym oferuje się zewsząd szczęście i pozytywne emocje związane z chęcią posiadania. Współczesny owczy pęd sprzedażowy tylko nam w tym pomaga, aby zatracać coś, co powinno być podwaliną naszego istnienia - czyli wewnętrzny, racjonalny rozwój - ponadczasowe piękno.

Jak kupuje?

Kiedyś kupowałam znacznie częściej, bez zastanowienia. Dziś kupowanie jest dla mnie kilku etapowym procesem i analizą, gdzie kilka razy zadaje sobie pytanie: czy oby na pewno jest mi to potrzebne? Spontaniczność chowam do kieszeni, nie szukam specjalnie okazji bo wiem, że one tak naprawdę są dostępne przez cały rok. Staram się kupować uniwersalnie, choć momentami ciągnie mnie w stronę pstrokacizny, która nie zawsze do większości wystrojów pasuje. No i cały czas mam świadomość tej czynności, że nie przysłania mi innych ważnych spraw w moim życiu, że jest bardziej taką kropką nad i niż celem samym w sobie.

Co jest dla mnie najdroższe?

Czas. Dlatego jak ognia unikam wielogodzinnego chodzenia po centrach handlowych, które mam wrażenie, że wysysają ze mnie energię. Rozwiązania online są bardziej dostępne, szybsze, często też tańsze.

Jak nie dać się szaleństwu posiadania?

Do tego trzeba zwyczajnie dojrzeć. Obecnie Polska, a tym samym nasze społeczeństwo nasyca się tym, o czym jeszcze nasi rodzice mogli pomarzyć w czasach komuny, choć to jeszcze nie jest apogeum. Kiedy w latach 90 cały Zachód zjeżdżał Azję, Polacy dopiero teraz ją odkrywają, bo mogą sobie finansowo na to pozwolić, zaś nasi zachodni sąsiedzi zaczęli doceniać to, co narodowe, ciche, sielskie, wiejskie, spokojne, lokalne, regionalne. U nas ten trend  puka nam dyskretnie do drzwi, wciąż jednak dopiero go nieufnie poznajemy...

Kupiłam mieszkanie….

To wymarzone, przestronne, blisko lasu, spokojne. Wychowana z bratem w jednym pokoju zawsze marzyłam o posiadaniu swojego pokoju, dalej mieszkania, co było wówczas dla nas abstrakcją. Dziś je mam, remontuję, ale szczerze pisząc nie zależy mi już na nim, tak jak jeszcze kilka miesięcy temu. Znajomi tłumaczą mi: jak się wprowadzisz, zaczniesz urządzać poczujesz, że to twoje własne…- a moje jest to, co w moim wnętrzu, to moja wolność, moi bliscy, coś i ktoś kto towarzyszy mi w moim życiu i nie jest przypisany do danego miejsca, nie jest zmaterializowany. Po prostu.